Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.

February 23 2018

Krzychulec
23:59
Krzychulec
23:52
2519 55f6 500
Reposted fromgket gket viatomash tomash
Krzychulec
23:48
3059 a939 500
Reposted byziewaco6koskosskalesonHypothermiakittylitterzuuztak-czekamHanoisereniteletha0SoulPLx-raybudasbiauekdatex23zurawianiaczkanicciekawegobagofcraprudaguoutofmyheadpszczola91sprawnyQdeuthuskovhornypigeonsmoke11rdxduobixghalbadiouspankamienjulanngodzillstmnajmagiczniejszykrzysztofjudyszaPolindaszpaqusmemesjaszPatricoSCThepiganzrockbarmrpaf
Krzychulec
17:29
0804 e912 500
Reposted fromparkaboy parkaboy viajanuschytrus januschytrus
Krzychulec
17:29
Krzychulec
17:16
6952 86da
Reposted fromkaiee kaiee viajanuschytrus januschytrus
Krzychulec
17:13
2556 7ed6
Reposted fromtfu tfu
Krzychulec
09:55
2323 74b8 500
Reposted fromtfu tfu
Krzychulec
00:32
6313 ff65 500
Reposted frommangoe mangoe viawujcioBat wujcioBat
Krzychulec
00:28
Reposted fromfungi fungi
Krzychulec
00:26
0859 3ab4 500
Reposted fromSzczurek Szczurek vialllm lllm
Krzychulec
00:24
0795 9bf4
Reposted fromsosna sosna viafadenb fadenb
Krzychulec
00:22
Reposted fromfungi fungi

February 21 2018

Krzychulec
23:07
Krzychulec
23:04
8204 a60d 500
Reposted fromMtsen Mtsen viatfu tfu
Krzychulec
23:03
6678 e87a 500
Reposted fromsouvlaki souvlaki viakokoko kokoko
Krzychulec
23:02
7868 0978 500
Reposted fromtfu tfu viajanuschytrus januschytrus
Krzychulec
22:30
1088 3537
Reposted fromproddy proddy viaLukasYork LukasYork
Krzychulec
22:29
0446 f60c 500
Reposted fromFero Fero viaslova slova
Krzychulec
09:43
Witajcie anony, dziś podzielę się z wami swoją historią z zeszłorocznego wyjazdu na Przystanek Woodstock.
Przed wyjazdem znajomi z lizbazy, którzy byli rok wcześniej bardzo zachęcali mnie do wyjazdu. Opowiadali o fajnej, zróżnicowanej muzyce, otwartości ludzi, pozytywnym nastawieniu i ogólnie dobrej zabawie. Dużo czytałem również komentarzy w sieci, gdzie dowiedziałem się, że Przystanek to jedno wielkie siedlisko rozpusty, gawra diabła i jaskinia narkomanów. Stwierdziłem że mam do wyboru piwniczenie przez całe wakacje albo wyjazd ze znajomymi na Woodstock i ewentualną dobrą zabawę. Pomyślałem, że gra jest warta świeczki, bo bilet na PKP kosztuje ze zniżką szkolną równowartość dwóch numerów CD Action, poza tym w każdej chwili mogę przecież wrócić do domu, jeśli impreza okaże się chujowa.
Spakowałem manele i udałem się na dworzec, gdzie czekali już wszyscy znajomi. Sama podróż mijała już w wyjątkowo dobrej atmosferze, w akompaniamencie gitary oraz z browarem, który ze względu na wczesną porę nie zdążył się jeszcze zagrzać, mimo że stary wagon PKP wydawał się być złożony wyłącznie z blachy, okien i kilku siedzeń w środku. Od początku zaczęło mi się więc podobać, bo rzeczywiście ludzie byli bardzo otwarci, a z każdym kilometrem i łykiem wypitego piwka wszyscy zaczęli zachowywać się jakby znali się od dawna. Wszyscy znajomi drą mordę przy gitarze kawałek dalej. Do repertuaru długowłosego gitarzysty należą głównie utwory Dżemu - "Whisky" oraz "Wehikuł czasu" oraz piosenki typu "Morskie Opowieści" czy "Chryzantemy złociste". Siedzę więc sam i kontempluje leśne krajobrazy Opolszczyzny, stale popijając zimny browar.
Moją uwagę zwróciła siedząca obok loszka, w sumie mocne 7/10. Siedzi sama, ja w dobrym stanie, więc myślę chuj. Znajomi mówili że na Woodzie ogólnie łatwo zaruchać, a wypity alkohol pomógł w podjęciu szybkiej decyzji,
toteż już za chwilę siedziałem obok loszki.
- Cześć, Anon jestem.
- Cześć, Marta, miło mi.
Byłem zaskoczony łatwością z jaką udało nawiązać mi się kontakt, a cała rozmowa całkiem nieźle się kleiła.
Okazało się, że Marta, podobnie jak my jest z Krakowa, a na Woodstock jedzie sama. Zapytała czy nie mielibyśmy nic przeciwko, gdyby rozbiła się razem z nami, bo fajnie mieć ekipę - w dodatku z tego samego miasta. Nie często gołąbki spadają same z nieba wprost na stół - odparłem że oczywiście nie ma problemu i będzie nam bardzo miło.
Po dotarciu na miejsce udaliśmy się zapchanym busem, którego połowę pasażerów stanowili obywatele Niemiec na
pole namiotowe. Ze względu, że przybyliśmy późnym popołudniem wszystkie dogodne miejsca na rozbicie namiotu
były już zajęte, a nam nie pozostało nic innego jak rozbić namioty w lesie, za sceną którą Woodstokowicze nazywają Pokojową Wioską Kryszny. W sąsiedztwie znajdowały się toi toie, z których każdy silniejszy podmuch wiatru przynosił nad nasze obozowisko woodstockową bryzę, generalnie zapach wszelkich eksrementów połączonych w całość. Pomyślałem jednak że nie ma tego złego, bo w warunkach bezwietrznych nie będzie dramatu, po piwie nie trzeba będzie latać daleko by osuszyć jaszczura, a rano będzie widać kiedy sprzątają kible by postawić klocka w cywilizowanych warunkach, bez pocałunku woodstockowego Posejdona, Boga wszystkich toi toiów.
Pomogłem loszce rozbić namiot i zapronowałem by poszła z nami coś zjeść, gdyż znajomi już od połowy drogi opowiadali o zajebistych burgerach, jakie jedli tu rok temu.
Marta powiedziała, że dziękuje za zaproszenie ale jest weganką i w tym czasie pójdzie zjeść wegańskie jedzenie do Pokojowej Wioski Kryszny, a przy namiocie spotkamy się za godzinę.
Udaliśmy się zatem do strefy gastronomicznej. Burgery rzeczywiście jak na warunki festiwalowe całkiem niezłe,
w dodatku niedrogie więc można było całkiem nieźle się najeść.
Postanowiliśmy udać się w kierunku namiotu, gdzie mieliśmy zapas alkoholu na resztę dnia, bo właściwie cały jeden 120 litrowy plecak przeznaczyliśmy na przewóz ośmiopaków żubra by nie trzeba było latać do Tesco.
Wróciliśmy, i spotkaliśmy Martę. Miała na sobie szerokie spodnie, w sumie pierwszy raz w życiu takie widziałem. Krok w nich znajdował się niżej, niż nawet w spodniach podarowanych kiedyś mi przez brata, przywódcę wszystkich osiedlowych skejtów na początku lat dwutysięcznych.
- Fajne spodnie - powiedziałem, z lekkim zaciekawieniem, oczywiście by nabijać sobie kolejne punkty do swojej legitymacji casanovy i ogólnego wrażenia, które starałem się wywierać na Marcie już od spotkania w pociągu.
- He he, dzieki Anon, to nie są zwykłe spodnie to szarawary.
- Całkiem fajne - powiedziałem. Siadaj Marta z nami, będziemy pili dziki.
Siedliśmy w kółeczku. Smród niesamowity. W sumie czytałem w necie, że na woodstocku ogólnie jest brudno i śmierdzi ale nie spodziewałem się, że aż tak. Drogą dedukcji doszedłem do wniosku, że ze względu na późną porę toi toie są już mocno zapchane, więc po prostu z nich tak zaciąga.
Siedzieliśmy kilka godzin, a po paru browarach w sumie smród już tak nie przeszkadzał. Kiedy szliśmy na koncert byłem już mocno wstawiony. Zauważyłem jednak, że smród utrzymywał się praktycznie na całym polu namiotowym, nie tylko koło toi toiów. Koncerty były fajne, atmosfera pod sceną również, oprócz ww. smrodu. Ale ogólnie podobało mi się. W pewnym momencie Marta, też już nieźle wstawiona powiedziała:
- Może wrócisz ze mną Anon do naszego obozu, w sumie nie dzieje się tu nic ciekawego...
W ówczesnym stanie oraz perspektywnie ewentualnego zaruchania, nie długo musiałem zastanawiać się nad słusznością tej decyzji.
Pod namiotem wypiliśmy po jeszcze jednym żubrze, który okazał się magicznym eliksirem, który przenióśł nas w krótkim czasie do namiotu Marty. Smród wszędzie taki sam, nawet w namiocie.
W sumie spoko ten Woodstock - pomyślałem, liczyłem się jednak że po powrocie ciuchy będę musiał prać przynajmniej dwa razy by zniwelować woń unoszącego się w koło smrodu gówna.
Nie minęła chwila kiedy zaczęliśmy się całować. Gdyby nie to, że na Woodstock wziałem skejtowskie spodnie po bracie, by nie niszczyć nowych, wzwód z pewnością rozszarpałby mi nogawę. Szarawary miały jedną, zajebistą zaletę. Nie trzeba było się jebać z rozpinaniem, pasków, guziczków etc. toteż moja ręka z łatwością powędrowała w dół, prosto do majteczek Marty... W necie dużo czytałem o stymulacji łechtaczki, co ponoć bardzo loszki lubią, jednak byłem zaskoczony łatwością z jaką udało mi się znaleźć wspomniany "guziczek". Po krótkiej stymulacji, postanowiłem ściągnąć z niej resztę ciuchów by przejść do właściwego działania. Jakie było moje zdziwienie, kiedy ów guziczek został mi w dłoni... Smród jak chuj, ręka cała upierdolona gównem, a łechtaczka którą znalazłem tak szybko okazała się być kawałkiem pierdolonej fasoli z wegańskiego jedzenia krysznowców.
W szoku wybiegłem z namiotu, prosto pod prysznice by doprowadzić się do ładu. Kiedy wracałem do obozu, po czteropak Żubra, który miał za zadanie zresetować mi pamięć z tego dnia namiotu Marty już nie było... Dopiero wtedy uświadomiłem sobie nienaturalny kształt tych szarawarów... w połączeniu z wegańskim jedzeniem z Pokojowej Wioski Kryszny wszystko ułożyło mi się w logiczną całość. Wiedziałem już doskonale, dlaczego ów szarawary sprawiały wrażenie spodni wyjątkowo luźnych. Tak naprawdę luźne stają się dopiero w niektórych sytuacjach. Na półce w sklepie wyglądają na niewiele szersze niż rurki, a żaden sprzedawca nie zna takiego słowa jak szarawary.
Sam Woodstock? Zajebista impreza. Do końca festiwalu już w ogóle nie śmierdziało, nawet mimo bliskości toitoiów. Za rok jadę na pewno ale będę omijał szerokim łukiem wszystkie osoby. które mają na dupie spodnie nazywane przez nich alladynki, szarawary czy hajdawery... i nigdy nie zjem nic w Pokojowej Wiosce Kryszny. Marty więcej nie widziałem, do Krakowa na wszelki wypadek wróciłem PolskimBusem.
Peace and Love, Anony!
Reposted bysiostrzycaSoulPL
Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl